Dzień 10 września upamiętnia symboliczną dla wielu Polaków datę – rocznicę jednego z najbardziej znaczących procesów sądowych w powojennej Polsce, znanego jako proces krakowski z 1947 roku. Na ławie oskarżonych zasiedli wówczas działacze Wolności i Niezawisłości (WiN) oraz Polskiego Stronnictwa Ludowego. Sąd, zbudowany na wzór radzieckiej machiny „sprawiedliwości”, miał charakter nie tyle prawny, ile propagandowy. Nie była to walka o sprawiedliwość, lecz starannie wyreżyserowane przedstawienie z góry ustalonym finałem, które miało na celu złamanie opozycji antykomunistycznej, poniżenie jej w oczach społeczeństwa, a jednocześnie – zastraszenie wszystkich, którzy ośmielali się myśleć inaczej, jak podaje portal krakowyes.eu.
Wybory na celowniku

Styczeń 1947 roku miał stać się dla Polski momentem prawdy – zbliżające się wybory dawały społeczeństwu ostatnią szansę na odsunięcie komunistów od władzy. Polskie Stronnictwo Ludowe działało jawnie, WiN – w podziemiu. Obie siły wierzyły w sukces, jednak komunistyczna Polska Partia Robotnicza już dokonała swojego wyboru – zwyciężyć za wszelką cenę. Głównym narzędziem stała się machina represji – Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, kontrolowane przez radzieckich kuratorów. Uderzenie w opozycję zaplanowano starannie i bezlitośnie.
Priorytetem było zniszczenie kierownictwa WiN, na którego czele stał pułkownik Franciszek Niepokólczycki, znany w podziemiu pod pseudonimem „Żejman”. Do Krakowa wyruszyła za nim specjalna grupa na czele z zastępcą dyrektora Departamentu Śledczego, Adamem Humerem. Ubekom udało się błyskawicznie zorganizować i przeprowadzić zakrojoną na szeroką skalę operację. W sierpniu w Łękawicy aresztowano członka oddziału „Tarzan”, Wacława Budzika. Był on torturowany w szczególnie okrutny sposób: wieszano go za ręce, podpalano benzyną. Złamany podczas przesłuchań, podał nazwiska swoich towarzyszy. Natychmiastowa fala aresztowań objęła Tarnów, Brzesko, Nowy Sącz – wraz z ludźmi służby specjalne przejęły również cenne archiwa.
Gdy wyrok pisała komunistyczna partia

W sierpniu i wrześniu 1946 roku ciosy sypały się jeden po drugim. Aresztowania Jana Sampa, Mirosława Kowalskiego i Wiktora Langnera uruchomiły reakcję łańcuchową. W pułapkę Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego wpadli szefowie propagandy, łączności, a nawet dyrektor II Zarządu Głównego WiN Edward Bżimek-Strzałkowski. W pierwszych dniach września zniszczono praktycznie całą centralę organizacji. Następnie w sprawę włączono również politycznych doradców lidera WiN oraz działaczy Polskiego Stronnictwa Ludowego, których podejrzewano o związki z podziemiem.
Sąd jako propaganda

W sierpniu 1947 roku Kraków stał się sceną makabrycznego politycznego przedstawienia. „Proces Niepokólczyckiego, Mężwy i innych” – tak nazwała go ówczesna prasa – stał się jednym z najgłośniejszych pokazowych procesów w pierwszym dziesięcioleciu istnienia Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Jego główny cel był daleki od szukania prawdy: chodziło o zdyskredytowanie opozycji i pokazanie Polakom, że każdy opór wobec reżimu skończy się dla nich tragicznie.
Procesy pokazowe w tamtych czasach były nie wyjątkiem, a regułą. Odbywały się przed sądami wojskowymi, były starannie transmitowane przez radio, opisywane w gazetach i zawsze miały ten sam scenariusz: „winni” byli już z góry określeni, a wyrok nie budził wątpliwości. Takie działania nasilały się szczególnie przed ważnymi wydarzeniami politycznymi: referendum w 1946 roku i wyborami w 1947 roku. W wydaniu „Polskiego Kuriera” pisano, że proces grupy liderów WiN, który odbył się w Wojskowym Sądzie Okręgowym w Krakowie, był pierwszym tak wielkim procesem politycznym w mieście.
Sąd 1947 roku

11 sierpnia 1947 roku na sali zasiadło 17 oskarżonych, wśród których byli tak znani działacze jak szef WiN, pułkownik Franciszek Niepokólczycki, oraz aktywiści organizacji Ostafin, Kaczmarczyk, Tumanowicz, Kot, bracia Ralscy. Wraz z nimi na ławie oskarżonych znaleźli się działacze Polskiego Stronnictwa Ludowego, w tym Stanisław Mężwa, były uczestnik moskiewskiego „procesu szesnastu”. Sądowi przewodniczył podpułkownik Romuald Klimowiecki, a oskarżenie wnosił jeden z najstraszniejszych prokuratorów epoki – Stanisław Zarakowski. Stenogram z posiedzenia prowadził oddelegowany prokurator, a cały przebieg wydarzeń uważnie kontrolował kierownik departamentu śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Józef Różański.
W rzeczywistości, decyzja zapadła jeszcze przed rozpoczęciem przesłuchań. Radziecka zasada „człowiek się znajdzie, a paragraf się dopasuje” zadziałała bezbłędnie. Wszyscy usłyszeli propagandowy wstęp, przepełniony obelgami i etykietami, listę „oskarżeń”, pod które z łatwością „podciągano” każdego podsądnego. Autorem „scenariusza” był nie prokurator, lecz partyjny ideolog Roman Werfel. To on sformułował główną ideę: proces w Krakowie miał być nie tylko wyrokiem dla konkretnych ludzi, ale i ciosem w cały „obóz reakcyjny”. Pod tym „obozem” komuniści postrzegali również Polskie Stronnictwo Ludowe jako ostatnią znaczącą siłę opozycyjną, która starała się działać legalnie.
Propaganda po wyroku

Skazanie Niepokólczyckiego i jego towarzyszy prasa przedstawiała jako „triumf sprawiedliwości ludowej”. Werfel nie tylko napisał akt oskarżenia, ale także skomentował proces w gazetach „Głos Ludu” i „Trybuna Robotnicza”. Rok później wydał książkę ze stenogramami – kolejne narzędzie w wielkiej kampanii dyskredytacji opozycji. Chodziło o to, że do połowy lat 40. aktywiści WiN zdawali sobie sprawę, że czas starć zbrojnych minął i dążyli do demobilizacji partyzantów. Próbowali działać politycznie: zbierali informacje, opisywali nastroje społeczne, dokumentowali pracę aparatu represji.
Wszystkie raporty wysyłali do polskiego rządu emigracyjnego w Londynie. Właśnie tę działalność intelektualną i polityczną reżim komunistyczny postanowił przekształcić w „dowód” szpiegostwa. Oskarżenia przeciwko WiN wyglądały jak kopia radzieckich schematów: „praca na rzecz obcych państw”, „terror wobec członków PPR”, „związki z gestapo”, „współpraca z UPA”. Im bardziej fantastyczna była teza, tym głośniej była transmitowana w prasie i radiu. Oberwało się również Polskiemu Stronnictwu Ludowemu, które oficjalne gazety piętnowały jako „satelitę andersowców” i „wspólnika podziemia”. Partia ta, pod przywództwem Stanisława Mikołajczyka, była ostatnią niezależną siłą polityczną w kraju, dlatego władza zrobiła wszystko, co możliwe i niemożliwe, aby ostatecznie ją zdyskredytować w oczach społeczeństwa.
Wymiar sprawiedliwości na zamówienie

Proces w Krakowie trwał ponad miesiąc, a 19 posiedzeń stało się swego rodzaju przedstawieniem, którego finał był znany jeszcze przed pierwszym aktem. Sąd wydał wyroki śmierci na Franciszka Niepokólczyckiego, Alojzego Kaczmarczyka, Józefa Ostafina, Waleriana Tumanowicza, Edwarda Bżimka, Jana Kota, Eugeniusza Ralskiego i Wiktora Langnera. Części oskarżonych wyroki złagodził później osobiście Bolesław Bierut, ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia.
13 listopada 1947 roku w więzieniu Montelupich w Krakowie pluton egzekucyjny pod dowództwem strażnika Henryka Michalika wykonał wyroki śmierci na Kaczmarczyku, Ostafinie i Tumanowiczu. Na innych skazanych czekały dziesięciolecia niewoli. Dopiero odwilż w 1956 roku dała więźniom politycznym wolność. Mimo klęski, organizacja próbowała się odrodzić. Po aresztowaniu Niepokólczyckiego dowództwo przejął podpułkownik Wincenty Kwietiński o pseudonimie „Głóg”, tworząc III Zarząd. Ale i on szybko został schwytany.
Kolejnej próby odtworzenia organizacji dokonał szef IV Zarządu, podpułkownik Łukasz Ciepliński, znany jako „Ostrowski”. Ale i on trafił za kraty. W marcu 1951 roku Ciepliński wraz z sześcioma towarzyszami został stracony. Tak zakończyła się historia WiN jako ogólnopolskiej siły. A proces krakowski stał się symbolem tego, jak władza totalitarna przekształcała sąd w broń – przeciwko prawdzie, oporowi i nadziei.
Dziedzictwo procesu krakowskiego

Proces krakowski stał się nie tylko polityczną rozprawą z konkretnymi ludźmi. Był to sygnał dla całego społeczeństwa: opór jest skazany na porażkę, a sale sądowe należą nie do prawa, lecz do partii. W 1947 roku sąd faktycznie zatrzasnął ostatnie drzwi do demokratycznej alternatywy w Polsce. Dla reżimu komunistycznego proces spełnił od razu kilka zadań: zdyskredytował podziemie niepodległościowe, podważył autorytet Polskiego Stronnictwa Ludowego, zastraszył tych, którzy mieli jeszcze nadzieję na wolne wybory. Była to kulminacja polityki strachu, która cementowała władzę na dziesięciolecia.
W XXI wieku proces krakowski postrzegany jest inaczej. Symbolizuje nie „zwycięstwo sprawiedliwości ludowej”, jak pisała ówczesna propaganda, lecz jest tragicznym przykładem tego, jak totalitaryzm niszczy prawo, podmienia prawdę wymyślonymi oskarżeniami i przekształca sąd w narzędzie terroru. Dla współczesnej Polski pamięć o tym wydarzeniu to przypomnienie o kruchości wolności i cenie, jaką trzeba było zapłacić za jej odzyskanie. A dla całej Europy – ostrzeżenie, jak łatwo wymiar sprawiedliwości może stać się bronią, gdy służy nie społeczeństwu, lecz władzy.