wtorek, 17 lutego, 2026

Iluzoryczna armia Rzeszy w Krakowie

W archiwach Krakowa przechowuje się wiele dokumentów, które przez długi czas były ukrywane przed opinią publiczną. Te papiery i dzienniki ujawniają prawdę o życiu mieszkańców miasta podczas II wojny światowej, ich lękach, nadziejach i kruchych kompromisach. Wiadomo, że podczas okupacji naziści odnosili się do Polaków z wyższością, w oficjalnej propagandzie nazywano ich „podludźmi” (Untermenschen), a w życiu codziennym – spychano na drugi plan, zmuszając do ciężkiej i bezprawnej pracy. Sytuacja zmieniła się jednak, gdy Armia Czerwona podeszła do bram Generalnego Gubernatorstwa, jak podaje portal krakowyes.eu.

Nagle w Berlinie przypomniano sobie, że ci upokorzeni i pogardzani Polacy mogą stać się cennym zasobem w walce o przetrwanie III Rzeszy. W 1944 roku naziści próbowali stworzyć polskie formacje wojskowe pod swoim dowództwem, które podlegałyby Wehrmachtowi. Było to cyniczne przyznanie: ci, których uważano za niebezpiecznych i niepotrzebnych, nagle zostali uznani za żołnierzy, zdolnych do trzymania broni.

Próba Wehrmachtu pozyskania Polaków

Warto wspomnieć, że Kraków w czasie okupacji stał się magnesem dla wielu Niemców, którzy szukali swojego miejsca na ziemi. Hitlerowcy nazywali go „prastarym niemieckim miastem” (Uralte deutsche Stadt), a to było świetną przynętą. Zaczęli tam przyjeżdżać kupcy, przedsiębiorcy, urzędnicy, żołnierze, a każdy szukał czegoś dla siebie. Ktoś widział szansę na wzbogacenie się, jak Oskar Schindler, ktoś – spokój z dala od frontowego chaosu, a niektórzy pragnęli wolności i niezależności. Wehrmacht, Luftwaffe i Waffen-SS osiedlały się w Krakowie nie tylko ze względu na służbę: garnizony stacjonowały obok szpitali i baz wypoczynkowych, gdzie oficerowie spędzali urlopy.

Wraz z żołnierzami przybywały ich rodziny, kochanki, rodzice, pomocnicy. W ten sposób w Krakowie ukształtowała się ożywiona społeczność – zalążek nowej niemieckiej metropolii, gdzie każdy szukał własnej korzyści i bezpieczeństwa. Jednocześnie rozwijało się jedno z najbardziej haniebnych zjawisk okupacji – masowe grabieże. Cenne przedmioty z miasta były wywożone w imieniu państwa, ale w dużej mierze także na prywatny użytek, bez oglądania się na interesy III Rzeszy. Kraków stał się areną bezlitosnej gry: strach, chciwość i bezprawie ustalały swoje zasady w każdej dzielnicy, a miasto, jak się wydawało, żyło podwójnym życiem: między blaskiem cudzych fortun a cichym cierpieniem krakowian.

Obietnice i rzeczywistość

W Krakowie w czasach niemieckiej okupacji nie było masowego kolaboracjonizmu. Większość mieszkańców odnosiła się do Niemców wrogo i starała się trzymać z dala od ich struktur. Oczywiście, byli i tacy, którzy zgadzali się pracować w kancelariach i komendanturach. Takie osoby były zazwyczaj pogardzane przez sąsiadów, a plotki o współpracy z wrogiem szybko rozchodziły się po mieście. Strach przed donosami i zdradą był ogromny, ponieważ nawet jedna nieostrożna rozmowa mogła doprowadzić do aresztowania.

Jednocześnie atmosfera oporu była bardzo odczuwalna. Wielu krakowian wspierało Armię Krajową lub rozpowszechniało podziemne gazety. W kawiarniach i mieszkaniach szeptem rozmawiano o zabójstwach niemieckich oficerów czy sabotażu w fabrykach. Sam fakt współpracy z okupantem uważano za hańbę, a po zakończeniu wojny nawet niewielki związek z niemiecką administracją mógł zrujnować życie. Kolaboranci pozostali mniejszością, a na tle ogólnego oporu wyglądali raczej na wyjątek niż regułę.

Między strachem, propagandą i oporem

Aby przeciągnąć krakowian na swoją stronę w walce przeciwko władzy radzieckiej, Niemcy rozwinęli potężną propagandę. Sprowadzali wszystko do jednej idei: wykorzystać mit Józefa Piłsudskiego i stare urazy z wojny polsko-bolszewickiej. Lato 1944 roku stało się szczytem tego absurdu. Krakowski gubernator Kurt-Ludwig Burgsdorf postanowił zorganizować akademię na cześć polskich żołnierzy, którzy zginęli w walce z bolszewikami w 1920 roku. Równolegle na ulicach miasta rozpowszechniano reprodukcje plakatów z lat 1919–1920, a miliony ulotek nawoływały Polaków do przejścia na stronę Wehrmachtu. Próbowano nawet werbować członków polskiego podziemia, ale większość tych prób zakończyła się całkowitym fiaskiem.

Niemcy postawili na stare rany historyczne i przykład marszałka Piłsudskiego. Profesor Andrzej Chwalba w swoich badaniach zauważył, że naziści postanowili stworzyć polskie pomocnicze siły zbrojne pod swoim dowództwem, na przekór Armii Krajowej i innym organizacjom podziemnym. Pierwsza konkretna decyzja zapadła 4 listopada 1944 roku, gdy władze okupacyjne ustaliły zasady organizacji nowej formacji. Planowano, że trzon polskiej armii będą stanowić oficerowie i żołnierze wzięci do niewoli w 1939 roku, a także byli powstańcy warszawscy.

Pułapka haseł

Od połowy listopada w mieście pojawiły się plakaty, które przekonywały: każdy mężczyzna w wieku od 16 do 50 lat może liczyć na pensję, bezpłatne wyżywienie, zakwaterowanie i opiekę medyczną, jak niemieccy żołnierze. W obietnicach nie zapomniano również o darmowych mundurach, broni, leczeniu, odszkodowaniach finansowych w przypadku zranienia. A także o pozwoleniu na korzystanie z poczty polowej wewnątrz Generalnego Gubernatorstwa i do korespondencji z rodzinami w Rzeszy Niemieckiej.

Na jednym z plakatów przedstawiono żołnierza w ładnym mundurze, a pod nim umieszczono dużymi literami napis: „Zacznij służyć ojczyźnie – zdobądź mundur, broń i szacunek!”. Inny nawoływał: „Twoja rodzina jest bezpieczna, a twoja praca wynagrodzona – dołącz do sił pomocniczych!”. Szczególnie dziwnie wyglądał plakat, na którym na tle symboli Wehrmachtu stał młody mężczyzna z gitarą, a hasło głosiło: „Służba ojczyźnie – szansa na przyjaźń i wolność!”.

Ulotki, które rozpowszechniano wśród mieszkańców, również grały na dumie narodowej i ranach historycznych: „Jak twoi przodkowie walczyli z bolszewikami, tak i ty broń kraju dziś!”. Czasami tekst brzmiał wręcz komicznie: „16–50 lat – twój obowiązek i twoja nagroda!” z wyliczeniem wszystkich korzyści: wyżywienie, zakwaterowanie, opieka medyczna, broń. Te hasła miały stworzyć iluzję masowego entuzjazmu i legitymacji, ale w rzeczywistości wydawały się absurdalne. Każdy plakat był swego rodzaju małym przedstawieniem, które próbowało sprzedać ideę, że Polacy z ochotą dołączają do Wehrmachtu.

Plakaty, hasła, porażka

Niemcy uparcie liczyli na mieszkańców, którzy mieli dawne doświadczenie wojskowe, ale od samego początku ich plany były skazane na porażkę. Byli żołnierze z 1939 roku i powstańcy warszawscy prawie nigdy nie zgadzali się służyć okupantom. Na nielicznych zdjęciach, które zachowały się do XXI wieku, można zobaczyć, że żołnierze Wojska Polskiego wzięci do niewoli na froncie wschodnim, nawet w tej trudnej sytuacji, zachowali dumę i niechęć do zmiany strony. Idea stworzenia polskich sił pomocniczych pozostała raczej propagandową demonstracją niż realną strukturą wojskową.

Niemcy szczodrze obiecywali ochotnikom służby pomocniczej nawet pełną swobodę wyznawania własnej religii. Propozycja, zdaniem okupantów, była dość kusząca. Naziści liczyli na ę 12 000 ochotników spośród żołnierzy Wojska Polskiego tylko na pierwszym etapie i marzyli o 150–175 000 w perspektywie długoterminowej. Optymizm był bezgraniczny, ale rzeczywistość okazała się inna. Mimo wszystkich wysiłków wrogów, miasto pozostało obojętne. Te barwne apele prawie nigdy nie zbierały potrzebnej liczby chętnych, a życie Krakowa świadczyło: siła ducha mieszkańców jest silniejsza od wszelkich kłamliwych pokus.

Kolaboracja pod niemieckimi hasłami

Cała kampania nazistów napotkała opór Polaków i w większości pozostała bezskuteczna. Nie zrażeni niepowodzeniem, okupanci jedynie nasilili propagandę. Jak wspominał w swoich pamiętnikach pisarz Tadeusz Kwiatkowski, na ulicy Karmelickiej widział oddział niemieckich żołnierzy z biało-czerwonymi opaskami, którzy śpiewali z okropnym polskim akcentem: „Zielony mosteczek ugina się”. Dopiero gdy zobaczył samochód z kamerą na dachu, który filmował ten marsz, zrozumiał, że to kolejna próba propagandy, mająca na celu pokazanie rzekomo chętnych Polaków, którzy wstąpili do Wehrmachtu. Pan Kwiatkowski uśmiechnął się ukradkiem, gdy rozpoznał w tych żołnierzach „volksdeutschów”.

Mimo porażki w naborze, Niemcy otworzyli w Krakowie główny punkt na ulicy Lubomirskiego. Jednocześnie w Zwierzyńcu formowali kompanię piechoty liczącą 170 osób w słowackich mundurach. Jednak wszystkie apele do ludności pozostały praktycznie bez odpowiedzi. Według danych profesora Andrzeja Chwalby, do sił pomocniczych wstąpiło zaledwie 471 ochotników. Na papierze wszystko wyglądało lepiej: naziści twierdzili, że zapisało się 9000 osób, a proces naboru rozpoczął się od 5000. Część „ochotników” najprawdopodobniej stanowili więźniowie, którym darowano wolność w zamian za wstąpienie do kolaboracyjnej grupy.

Gdy Kraków się nie poddał

W rzeczywistości próba wykorzystania Polaków do walki z Armią Czerwoną, która już aktywnie nacierała, zakończyła się dla nazistów niepowodzeniem. Nie stworzyli żadnych polskich kolaboracyjnych formacji wojskowych, a wszystkie plany wrogów rozbiły się o odmowę ludzi do stania po stronie wroga. Miasto pozostało wierne swojej godności, a nieudany eksperyment propagandowy stał się kolejnym dowodem na to, że Kraków w latach okupacji nie poddał się. Nawet pod naciskiem sił, które wtedy wydawały się niepokonane.

.......