W 1937 roku Kraków, jako jedno z największych i najważniejszych miast Drugiej Rzeczypospolitej, żył w skomplikowanej atmosferze zmian społecznych i politycznych. Był to czas, gdy Polska zmagała się z trudnościami gospodarczymi, bezrobociem i napiętą sytuacją polityczną. W takim środowisku przestępczość w mieście, podobnie jak w wielu innych częściach kraju, pozostawała dość złożona. 31 sierpnia w samym sercu Krakowa – na Śródmieściu – rozegrały się wydarzenia, które wywołały szeroki oddźwięk. Wybuchła strzelanina, podczas której mieszkańcy Krakowa i bezpośredni uczestnicy incydentu poczuli się jak bohaterowie popularnych wówczas filmów o gangsterach, pisze krakowyes.eu.
Cień Chicago nad Wawelem

We wrześniu 1937 roku Kraków, przyzwyczajony do spokojnego rytmu życia uniwersyteckiego i turystycznych szlaków, poczuł się centrum kryminalnych wydarzeń. Gazety otwarcie pisały, że groźba gangsterskich scen istnieje już nie tylko na ekranach kin. I choć oficjalne źródła próbowały umniejszyć skalę wydarzeń, rosło poczucie, jakby przemoc, która wydawała się czysto kinowa, nie miała już granic. Strzały na ulicach Krakowa nie były częścią scenariusza, ale właśnie wtedy, jesienią 1937 roku, mieszkańcy po raz pierwszy poczuli, jak zatarła się granica między ekranem kinowym a rzeczywistością.
Warto wspomnieć, że wówczas w Krakowie codzienne życie pokojowo współistniało z ukrytymi zagrożeniami, a za fasadą historycznych budowli i wydarzeń kulturalnych kryła się rzeczywistość niestabilności społecznej, narastającej przestępczości i napięcia politycznego. Najczęstszymi przestępstwami były kradzieże, rabunki, drobne oszustwa. Z powodu trudności ekonomicznych wielu ludzi, zwłaszcza z uboższych dzielnic miasta, próbowało przeżyć w każdy możliwy sposób. Gazety od czasu do czasu pisały o zatrzymaniach złodziei, włamywaczy i oszustów, którzy działali zarówno w pojedynkę, jak i w zorganizowanych grupach.
Sytuacja kryminalna w mieście

Przestępczość w Krakowie nasilały także konflikty polityczne. W 1937 roku, podobnie jak w innych polskich miastach, odbywało się wiele demonstracji, starć między przedstawicielami różnych ugrupowań politycznych, a także między aktywistami a policją. Częste były akty przemocy, aresztowania i zranienia. Policja, starając się utrzymać sytuację pod kontrolą, działała zdecydowanie, często uciekając się do siły, zwłaszcza w przypadkach akcji politycznych.
Dawały o sobie znać również nastroje antysemickie, które coraz wyraźniej przejawiały się w ówczesnym polskim społeczeństwie. W Krakowie, gdzie istniała duża społeczność żydowska, dochodziło do ataków na żydowskie sklepy, na ulicach wybuchały starcia, a nawet bójki. Władze na takie incydenty faktycznie nie reagowały, co tylko nasilało napięcia w społeczeństwie. Ponadto brakowało doświadczonych policjantów. To, że problem przestępczości pozostawał aktualny i wymagał systemowego podejścia, którego państwo w tamtym czasie nie mogło w pełni zapewnić, potwierdzają również statystyki przestępczości w Krakowie – raporty z tamtego okresu zachowały się w archiwach i polskich instytucjach narodowych.
Ucieczka, która zakończyła się morderstwem

Na ulicach międzywojennego Krakowa, tamtego sierpniowego wieczoru, życie nagle zaczęło przypominać kryminalny dramat z kinowych ekranów. Wieczorem do warsztatu 87-letniego producenta parasoli Jana Kozierowskiego, położonego w rejonie ulic Lubicz, Radziwiłłowskiej i Potockiego (obecna Westerplatte), weszło dwóch nieznajomych. Uprzejmie oświadczyli, że chcą naprawić parasol. Następnie jeden z mężczyzn poczęstował Kozierowskiego papierosem, a drugi nagle rzucił się z paskiem i próbował udusić. Jednak ofiara wykazała niespodziewaną odwagę: wyrwawszy się z rąk napastników, zawołała o pomoc, spłoszając okolicę. Przestępcy uciekli, ale za nimi już biegł parasolnik z psem, wszczynając alarm.
Pościg zwrócił uwagę przechodniów i policjantów. Dwóch funkcjonariuszy, w tym posterunkowy Karol Zakrzewski, rzuciło się za uciekinierami, którzy pędzili przez Planty w stronę dworca kolejowego. Zakrzewski prawie złapał jednego z nich, ale przestępca wyciągnął pistolet i strzelił do policjanta, raniąc go śmiertelnie. Partner zmarłego otworzył ogień w odpowiedzi, a wraz z nim do pościgu dołączył młody pisarz Tadeusz Jaworski. Działał błyskawicznie: uzbroiwszy się w kij, który wyrwał przechodniowi, dogonił rannego w nogę przestępcę, uderzył go w głowę i powalił na ziemię. Ten już się nie opierał i został zatrzymany. Wkrótce okazało się, że bandytą był 32-letni Stanisław Żelazny, który 10 lipca uciekł z więzienia w Rzeszowie wraz z 14 innymi więźniami.
Gdy prawo dopada rewolwer

Oddano co najmniej 18 strzałów, zginęły dwie osoby: policjant Karol Zakrzewski i przypadkowy świadek – kelner restauracji „Dworek” Marcin Gądek. Kolejny funkcjonariusz, oficer Stefan Szczucki, został ranny w goleń. Tymczasem drugi napastnik zniknął. Jak się później okazało, w zamieszaniu wskoczył na wózek handlarza, przystawił rewolwer do głowy woźnicy i uciekł w kierunku ulicy Kopernika. Poszukiwania trwały ponad dwa tygodnie, aż do momentu, gdy przypadek ponownie wkroczył do gry. Policjanci Stanisław Kopaczyński i Ludwik Gołda przyszli aresztować oszusta do jednego z mieszkań na ulicy Czarnowiejskiej w dzielnicy Krowodrza.
Oszusta nie znaleziono, ale w mieszkaniu odkryto młodego mężczyznę bez dokumentów, który podał się za handlarza bydłem z ulicy Wielickiej – Ryszarda Brennera. Funkcjonariusze postanowili odprowadzić mężczyznę do głównego komisariatu policji przy ulicy Siemiradzkiego. Podejrzany nie stawiał oporu, spokojnie pozwolił się przeszukać. Lecz gdy prawie doszli do komisariatu, nagle wyciągnął broń i zaczął strzelać. Posterunkowy Stanisław Kopaczyński zginął na miejscu, a Ludwik Gołda został ciężko ranny.
Dwa pistolety i sześć kwartałów strachu

Te strzały zapoczątkowały zakrojoną na szeroką skalę operację policyjną, która szybko przekształciła się w jeden z najbardziej intensywnych pościgów w międzywojennej historii Krakowa. Słysząc strzelaninę, z budynku komisariatu wybiegli uzbrojeni policjanci. Napastnik rzucił się do ucieczki ulicą Lenartowicza, wskoczył na przejeżdżającą konną platformę i, grożąc woźnicy, próbował uciec w stronę ulicy Mazowieckiej. Funkcjonariusze zatrzymali samochód marki „Tatra” na rogu al. Słowackiego i Łobzowskiej i nakazali kierowcy ścigać przestępcę. Do operacji dołączyli również motocyklista Bronisław Demkowski oraz dwa samochody policyjne.
Trasa ucieczki objęła niemal całą Krowodrzę. Uciekiniera widziano na ulicach Mazowieckiej, Racławickiej, Kazimierza Wielkiego, Popiela (obecnie Kronikarza Galla), Lea, Czarnowiejskiej, Miechowskiej oraz wzdłuż Błoń aż do Piastowskiej. Dwukrotnie otwierał ogień, policjanci strzelali w odpowiedzi. Wszystko to działo się na oczach zszokowanych mieszkańców miasta. Finałowa scena rozegrała się w wąwozie koło Wzgórza Świętego Bronisławy. Bandytę otoczono zewsząd, gdy do pościgu dołączyli żołnierze z koszar na Kopcu Kościuszki. Jednak nie udało się go ująć żywego z powodu zaciekłego oporu.
Więzienie, ucieczka, ulica

Zabitym okazał się 28-letni rodowity tarnowianin Aron Szwarc, wspólnik Stanisława Żelaznego. Razem zorganizowali ucieczkę z więzienia w Rzeszowie. To właśnie Szwarc próbował udusić parasolnika Kozierowskiego, starszy mężczyzna rozpoznał napastnika. Śledztwo nigdy nie ustaliło, jak Szwarc zdobył broń. Wysunięto wersję, że pistolet został mu przekazany na ulicy już po aresztowaniu, w przeciwnym razie zostałby wykryty podczas przeszukania. Sąd odbył się 19 listopada 1937 roku, na ławie oskarżonych zasiadł tylko jeden przestępca – Stanisław Żelazny.
Przed ławą przysięgłych występowali sędzia Józef Stępniowski, prokurator Władysław Klimczyk oraz adwokat Artur Kruh. Obrona żądała oględzin miejsca tragedii i ponownej ekspertyzy kul, które spowodowały śmierć kelnera Marcina Gądka. Istniała wersja, jakoby mógł go zastrzelić posterunkowy Szczucki. Jednak ekspertyza jasno dowiodła: śmiertelny pocisk wystrzelił Żelazny. Proces wznowiono 4 grudnia. Prokurator w swoim przemówieniu oświadczył, że ten przestępca był niebezpieczny na długo przed ucieczką i niezdolny do poprawy. Sąd zgodził się: winny zabójstwa, usiłowania zabójstwa i zbrojnego napadu.
Bez prawa do ułaskawienia

To była historia, która zapisała się w archiwach, gazetach i pamięci miasta jako symbol międzywojennej epoki – gwałtownej, krwawej, bezlitosnej. Mimo oczywistego wyroku, adwokat Artur Kruh wykorzystał wszystkie dostępne środki prawne, aby zaskarżyć decyzję sądu, która skazała Stanisława Żelaznego na śmierć. Dołączyła się nawet Kancelaria Cywilna Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej – między nią a Sądem Okręgowym w Krakowie prowadzono intensywną korespondencję. Jednak wysiłki okazały się daremne. W marcu 1938 roku Stanisław Żelazny został stracony za popełnioną zbrodnię.
Tak zakończyła się historia przestępcy, którego imię jeszcze długo wspominano w raportach policji, na łamach gazet i w archiwach kryminalnych jako synonim okrucieństwa, rozpaczy i skazanej na porażkę walki ze sprawiedliwością. Ta krwawa historia, która rozegrała się na ulicach międzywojennego Krakowa, wyszła daleko poza ramy kroniki kryminalnej. Zburzyła iluzje bezpieczeństwa, spokoju i porządku miejskiego. Dramatyczne wydarzenia sierpnia i września 1937 roku – napad, pościg, śmiertelne strzały – wstrząsnęły mieszkańcami nie tylko Krakowa, ale całej Polski.
Prawdziwa historia krakowskiego terroru
Ale najważniejsze – ten przypadek postawił władzom niewygodne pytanie: jak bardzo wrażliwy może być system, gdy rzuca mu wyzwanie para przestępców uzbrojonych w desperację, spryt i pistolety? Policja wykazała się determinacją, choć straciła kilku swoich najlepszych funkcjonariuszy. Społeczność natomiast straciła swoją naiwną pewność, że przemoc nie może przedrzeć się przez fasady kawiarni, teatrów i ulic. Żelazny i Szwarc nie stali się symbolami „zbrodniczego geniuszu” – raczej tragicznym przypomnieniem, że za każdą rozwiązaną sprawą kryminalną stoi nie tylko zimna statystyka, ale także krew, strach i walka.
Ten przypadek dziennej przestępczości w Krakowie stał się przełomowy: państwo ostrzej wzięło się za system więziennictwa, zmieniło podejście do poszukiwania zbiegów, i co najważniejsze – zmusiło społeczeństwo do uświadomienia sobie, że przestępczość nie znika w kinach wraz z napisami końcowymi. Czasem puka do drzwi. I od tego, jak się jej odpowie, zależy, jak będą żyć mieszkańcy: pod ochroną prawa czy w niewoli strachu.