Zub, Knichala, Tuchlin, Marchwicki – te nazwiska na zawsze wpisały się w kryminalną historię Polski. Seryjni mordercy i gwałciciele nie tylko łamali prawo – zmieniali nastroje społeczne, wywoływali panikę, zmuszali milicję do mobilizowania wszelkich możliwych zasobów w celu zatrzymania przestępców, którzy działali z wyjątkową bezwzględnością i zimną krwią. W latach 70. i 80. ubiegłego wieku, na jesienno-zimowym Śląsku, przesiąkniętym deszczami i mgłami, głośno dał o sobie znać jeden z najstraszniejszych przestępców tamtych czasów. Nazywał się Mieczysław Zub. Seryjny gwałciciel, morderca i złodziej działał na terenie Śląska i Zagłębia od 1977 do 1983 roku, pozostawiając za sobą ślady strachu, bólu i bezsilności, pisze krakowyes.eu.
Cień w mundurze

Jego zbrodnie stały się wyzwaniem dla polskich organów ścigania. Za każdym razem, gdy Zub wychodził na „polowanie”, wydawało się, że krwawy scenariusz się powtarza, i nikt nie mógł zagwarantować, że następnym razem ofiarą nie stanie się kolejna niewinna osoba. A wszystko zaczęło się 29 listopada 1977 roku w Świętochłowicach, gdzie ludzie stracili zaufanie do milicyjnego munduru. 14-letnia dziewczynka uwierzyła milicjantowi, który wieczorem zaproponował jej odprowadzenie do domu. Zamiast ochrony spotkał ją gwałt i groźby. Nastolatka przeżyła i opowiedziała rodzicom o napaści.
Ci natychmiast zgłosili się do organów ścigania. Zbrodnia wstrząsnęła nie tylko opinią publiczną, ale i milicjantami, zwłaszcza fakt, że napastnik był w milicyjnym mundurze. Wówczas śledczy utworzyli grupę operacyjną pod nazwą „Fantomas”, zakładając, że nieznany maniak jedynie przebiera się za milicjanta. Prawdziwy przestępca jednak nie odgrywał roli, lecz rzeczywiście służył systemowi i oficjalnie nosił pagon jako obrońca porządku publicznego.
Drapieżnik w systemie

Mieczysław Zub, wówczas funkcjonariusz milicji, nie wzbudzał podejrzeń kolegów, nawet go nie sprawdzano. Tę niedbałość tłumaczono później tym, że wszystkie siły polskiej milicji były skupione na innym głośnym śledztwie – „polowaniu” na seryjnego mordercę Joachima Knychalę, znanego jako „wampir z Bytomia”. Później Zuba zwolniono ze służby, ale za naruszenia dyscyplinarne. Nieoficjalnie – być może były podejrzenia, ale nie potwierdziły się. Jednak zwolnienie Mieczysława nie powstrzymało go; przestępca próbował zgwałcić 44-letnią kobietę, lecz ofiara zdołała się obronić.
Wydawało się, że niepowodzenie zatrzymało maniaka. Przez 2 lata Zub nie dawał o sobie znać, a potem okazało się, że w tym okresie sprawiał wrażenie wzorowego męża i ojca. Ale to była tylko cisza przed nową falą przemocy. Wieczorem 19 września 1980 roku Mieczysław ponownie dokonał napaści, tym razem – na telefonistkę kopalni „Dąbrówka”, która wracała do domu. Kobieta straciła przytomność i później nie mogła sobie przypomnieć szczegółów, odmówiła też złożenia zeznań przeciwko sprawcy. Tak Zub pozostał bezkarny i znowu nabrał śmiałości.
Przekleństwo jesiennych ulic
Zbrodnia w listopadzie 1981 roku wstrząsnęła opinią publiczną, bo ofiarą stała się 19-letnia kobieta w zaawansowanej ciąży, wracająca ze szpitala. Mimo stanu ofiary, Zub zgwałcił ją, a potem udusił. Następnie zdjął z palca pierścionek. Później śledczy przypuszczali, że to zabójstwo nie było zaplanowane, kobieta prawdopodobnie zginęła w wyniku prób uciszenia jej przez przestępcę. Ale potem maniak zabijał już świadomie.
Jesienią 1982 roku – nowa ofiara. 16-letnia dziewczyna, którą Zub najpierw brutalnie uderzył, potem zgwałcił, udusił i wrzucił do rowu. Na przesłuchaniach później przyznał się, że nie chciał zabijać, po prostu usłyszał w pobliżu głosy ludzi i aby go nie zdemaskowano, nacisnął brzegiem dłoni na szyję ofiary, przerywając krzyki o pomoc. Zub latami pozostawał niewidzialny dla śledztwa. Wszystko, co mieli wtedy milicjanci – to profil nieuchwytnego Fantomasa.
Cichy horror Śląska

Do wiosny 1983 roku na koncie Mieczysława Zuba było już kilkadziesiąt napaści. Co najmniej 4 kobiety nie przeżyły spotkania z nim, jeszcze 2 padły ofiarą przemocy na początku 1983 roku. Scenariusz pozostawał niezmienny: napaść, gwałt, próba zatarcia śladów. Ale w końcu sprawiedliwość zwyciężyła. Podczas gwałtu na kolejnej ofierze – 14-letniej dziewczynce, która na szczęście przeżyła, Zub zgubił przepustkę z logo huty „Ferrum”, gdzie pracował po zwolnieniu z milicji. To stało się decydującym dowodem rzeczowym, organy ścigania otrzymały podejrzanego, którego nazywali między sobą Fantomasem. 8 marca 1983 roku Mieczysława Zuba aresztowano.
Straszne wyznania

Początkowo przestępca przyznał się tylko do jednej napaści. Ale gdy grupa operacyjna „Fantomas” przedstawiła niezbite dowody, Zub nie opierał się. Jego oficjalne zeznanie obejmowało 32 gwałty i rozboje oraz 4 zabójstwa. Większość ofiar to kobiety w różnym wieku – od nastolatek po dorosłe. Proces Mieczysława Zuba trwał krótko i zapadł w pamięć jako jeden z najbardziej cynicznych procesów w historii kryminalnej Polski. Wszystkie gazety zapełniły artykuły o maniaku Mieczysławie Zubie, który wyróżniał się zbyt zuchwałym zachowaniem. Gdy tylko wprowadzono go na salę sądową, zaczynał sypać tak wulgarnymi obelgami pod adresem obecnych, że nie publikowano ich nawet w sprawozdaniach.
Maniak potwierdził swoją winę, oświadczając, że niczego nie będzie wyjaśniał, bo nie widzi w tym sensu. Powiedział, że lepiej by go od razu powieszono na rynku w Katowicach, tak byłoby prościej dla wszystkich. Podczas wszystkich posiedzeń Mieczysław Zub demonstracyjnie drwił z systemu: gwizdał, śpiewał, przerywał prokuratorom i sędziom, a czasem po prostu siedział z obojętnym wyrazem twarzy. Na oczach rodzin zabitych odgrywał farsę – obojętny na ból, sąd i konsekwencje. Nikt nie spodziewał się, że proces sądowy może zamienić się w takie szyderstwo.
Dossier Fantomasa

Szczególnie zapadły w pamięć te wydarzenia krakowianom, bo po aresztowaniu Mieczysława Zuba przewieziono do aresztu śledczego Montelupich w Krakowie. Wybór nie był przypadkowy; więzienie słynęło jako jedno z najstarszych i najsurowszych w Polsce, mające historię sięgającą czasów Gestapo z okresu II wojny światowej. To właśnie tam maniaka trzymano w areszcie do rozprawy sądowej, bo nawet za kratami pozostawał niebezpieczny. Agresywny i nieprzewidywalny przestępca wielokrotnie napadał na strażników, dlatego przetrzymywano go w oddzielnej celi, zakutego w specjalne kajdanki.
Zachowanie Zuba na posiedzeniach sądowych było tak skandaliczne, że sędziowie wielokrotnie byli zmuszeni wyprowadzać oskarżonego z sali. To samo stało się w dniu, gdy sąd ogłosił wyrok – karę śmierci. W momencie ogłaszania wyroku Zub pozostał wierny swojej roli – rozwścieczonym kopnięciem rozbił ławę oskarżonego. Ale wyroku nie zdążono wykonać: 29 września 1985 roku Mieczysław Zub odebrał sobie życie w celi, wieszając się na prześcieradle. Według strażników więziennych „nie chciał czekać na kata”.
Zbrodnie, o których się nie zapomina

O maniaku, który terroryzował Śląsk, przypomnieli dziennikarze w 2021 roku. Wydawnictwo Kryminalistyczne opublikowało pierwsze gruntowne badanie zbrodni ze zdjęciami ze sprawy Mieczysława Zuba – książkę dziennikarza Andrzeja Gawlińskiego pod tytułem „Fantomas. Mieczysław Zub – seryjny gwałciciel i morderca kobiet”. W niej autor zrekonstruował przestępczą drogę maniaka, który zbyt długo pozostawał poza uwagą systemu i stał się jednym z najstraszniejszych przestępców w powojennej historii Polski.
Faktycznie Mieczysław Zub, którego polska prasa nazywała „Fantomasem w mundurze”, stał się przykładem tego, jak niebezpieczny może być przestępca z dostępem do systemu władzy i jak bolesne – jego porażki. Historia Mieczysława Zuba to nie tylko dossier seryjnego przestępcy, ale także symbol systemowej ślepoty, gdy mundur przesłania zwierzęcą brutalność. Lata bezkarności, złamane życia, martwe głosy – i tylko przypadek zatrzymał kolejną zbrodnię. To nie tylko opis przemocy, ale także niepokojący sygnał dla społeczeństwa, które nadal uczy się rozpoznawać potwory, ukrywające się za uśmiechami, mundurem czy stanowiskami.